|
Z Leą Wyler rozmawia Anna Morawiecka
Anna Morawiecka: Lea, jesteś aktorką. Grasz w filmie, teatrze? Lea Wyler: Już nie. Od kilkunastu lat nie. Dlaczego?
 Lea Wyler. Fot. Joanna Stoga Urodziłam się w rodzinie artystycznej, mój dziadek, Felix Salten, był słynnym pisarzem (napisał między innymi książkę dla dzieci Bambi: opowieść leśna), moja babcia była aktorką, moja mama była aktorką, wydawało mi się więc zupełnie naturalne, że też będę aktorką… wszystko na to zresztą wskazywało, naprawdę nieźle mi szło do czasu, aż poczułam, że jednak nie do końca to jest to, co chciałabym w życiu robić. Był taki moment, kiedy powiedziałam sobie dość…Tak po prostu, czy coś się wydarzyło? Robiłam karierę, miałam wielu adoratorów, mnóstwo ciekawych propozycji i świetny kontrakt w bardzo dobrym teatrze w Izraelu. Od dłuższego czasu jednak interesowała mnie kultura i religia Wschodu. Postanowiłam pojechać do klasztoru Samyé Ling w Szkocji i nauczyć się sztuki medytacji. Spotkałam tam niesamowitego, niezwykłego człowieka, tybetańskiego lamę, doktora Akonga Tulku Riponche. Poczułam, że wytworzyła się między nami jakaś niespotykana więź. Nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło spotkać kogoś, kto od pierwszej chwili stałby mi się tak niezwykle bliski. Wtedy również uświadomiłam sobie, że moje życie może nie zawsze być usiane różami i że warto o tym pamiętać… Kiedy po raz pierwszy opuszczałam mury Samyé Ling, był rok 1974, wyszedł za mną dr Riponche i powiedział: pamiętaj, jeśli kiedykolwiek będzie ci bardzo źle i nikt nie będzie w stanie ci pomóc, będzie tak źle, że będziesz chciała umrzeć, to zanim się zabijesz – przyjedź do mnie i jeśli ja ci nie pomogę, to nikt ci nie pomoże. Niedługo potem moja mama zachorowała na raka. Zrezygnowałam z kontraktu i wróciłam do domu, mama była naprawdę w złym stanie, chciałam zostać z nią dopóki nie będzie lepiej. Niestety, nigdy już nie było lepiej. Zostałam w domu aż do jej śmierci. To było straszne, runął mój świat i wszystko dookoła się zmieniło. Też chciałam umrzeć. Siedziałam, kiwając się w kącie swojego pokoju, przestałam rozmawiać, jeść, reagować na jakiekolwiek bodźce zewnętrzne. Ojciec i siostra bardzo się o mnie martwili, byli przekonani, że zaczynam wariować i oczywiście mieli rację. Byłam na zupełnej granicy… Wtedy podjęli decyzję o umieszczeniu mnie w szpitalu psychiatrycznym. Odbyła się groteskowa scena, jak z hollywoodzkiego filmu: Oboje z ojcem, trzymając mnie delikatnie pod ręce, postawili mnie na nogi, a siostra spokojnie tłumaczyła jak małemu dziecku: jesteś grzeczną dziewczynką, pojedziesz teraz do takiego miłego miejsca, gdzie będą świetni ludzie, którzy ci pomogą, dojdziesz do siebie, wszystko będzie dobrze… W tym momencie odczułam taki dziwny dźwięk w głowie, jakby zaskoczyła jakaś klapka: zadzwońcie do Akonga Tulku Riponche powiedziałam. I były to pierwsze od kilku tygodni wypowiedziane przeze mnie słowa. Zadzwonili, a ja pojechałam się z nim zobaczyć. Podczas spotkania opowiedziałam o śmierci mamy, o tym, że nie chcę dłużej żyć… Wtedy rozpoczął terapię, przeprowadził mnie na drugą stronę przez tunel, zrobił dla mnie bardzo dużo. Zawdzięczam mu życie. Kiedy więc usłyszałam, że wybiera się z misją charytatywną do Nepalu, Tybetu i Indii, zapytałam, czy mogę pojechać z nim. Tak naprawdę to zupełnie nie interesowały mnie ani Indie, ani Nepal, chciałam po prostu być blisko swojego mistrza. Przy nim czułam się bezpieczna. Okazało się, że chętnych na taką wyprawę jest znacznie więcej. Dr Riponche zastanawiał się przez dwa dni i w końcu powiedział, że mogę z nim pojechać. Wszystkim postawił jednak pewien warunek: kazał policzyć, ile pieniędzy będzie nam potrzeba na podróż, utrzymanie, ubranie, inne wydatki i zabrać z sobą drugie tyle, z przeznaczeniem na pomoc charytatywną. Na zgromadzenie środków dał nam pół roku. Nie muszę dodawać, że zupełnie nie miałam wtedy pieniędzy. Pracowałam jak szalona i udało się. Pojechało nas dwadzieścia osób. W każdym miejscu, do którego przyjechaliśmy, pomagaliśmy ludziom potrzebującym. Mówiłam sobie, że jeśli to warunek, aby być z Riponche – to nie ma sprawy. Byliśmy w miejscowości Bodhgaja, świętym miejscu, gdzie Budda doznał oświecenia. Zobaczyłam, jaka naprawdę jest tam bieda i pomyślałam, że nie ma sensu tyle modlić się i medytować, trzeba zacząć działać. Kupiłam kilka pokrojonych bochenków chleba i poszłam na jedną z ulic. Nigdy wcześniej nie widziałam tylu biednych dzieci, płaczących kobiet, przeraźliwie chudych mężczyzn, dwunasto-, trzynastoletnich dziewczynek, które na rękach trzymały swoje dzieci… Wśród żebrzących wielu było chorych, trędowatych, bez rąk, bez nóg, bez oczu. Zobaczyłam wyciągnięte w moim kierunku ręce, ich błagalne spojrzenia i rozpaczliwe prośby o pomoc. Zaczęłam rozdawać kromki chleba. To, co się działo, jest nie do opisania. Napierali na mnie, wyrywali mi i sobie chleb, krzyczeli. Kątem oka zobaczyłam, że may chłopiec, lawirując między nogami dorosłych, zbliża się do mnie. Dałam mu chleb, szczęśliwy chciał się wycofać, kiedy nagle jedna z kobiet uderzyła go ciężkim kijem w głowę. Dzieciak wypuścił z ręki swoją zdobycz. Zanim chleb zdążył upaść na ziemię, porwał go wściekle głodny pies. Wtedy zaczęła się regularna wojna. Głodni i zdeterminowani ludzie zaczęli się bić miedzy sobą, zaczęli mnie szarpać, rzuciłam wiec na ziemię pozostałe kromki i przerażona uciekłam… Dopiero wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, co to prawdziwy głód. Do tej pory myślałam, że głód to stan, w jakim znajdowałam się, gdy jako aktorka chciałam schudnąć kilka kilogramów i wydałam sobie ostry zakaz zbliżania się do lodówki. Tego samego dnia spotkałam jeszcze niewidomego chłopca i trędowatego mężczyznę. To były naprawdę traumatyczne przeżycia. Zrozumiałam, że nie mogę pozostać obojętna. Każde z tych doświadczeń było jakby głosem w mojej głowie. Wewnętrznym głosem, który monotonnie powtarzał: zmień się, zmień swoje dotychczasowe życie. Zrozumiałam, że moje problemy wobec tragedii tych biednych, chorych i nieszczęśliwych ludzi są naprawdę błahe. Wtedy też podjęłam ostateczną decyzję, że nie będę więcej aktorką, że muszę pomóc tym ludziom. Moja determinacja była olbrzymia, ale zupełnie nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Nie wiedziałam, co mam robić… I co zrobiłaś? Wróciłam do Szwajcarii, poszłam do mojego ojca, powiedziałam mu, że zamierzam zmienić swoje życie, a moim celem jest pomoc biedakom w Tybecie, Nepalu i Indiach. Tato, który był bardzo dobrym żydowskim prawnikiem, powiedział, że mi pomoże, pod jednym wszak warunkiem, który brzmiał: pójdziesz na uniwersytet, zaczniesz studiować, poznasz podstawy ekonomii, warunki, w jakich żyją ci ludzie, uwarunkowania geograficzne i polityczne… Inaczej to wszystko nie ma sensu i szkoda twojego czasu… Bardzo szanowałam ojca i liczyłam się z jego zdaniem. Tym razem powiedziałam jednak, że nie mam czasu na studiowanie (nie dodałam, jaką niechęć do studiowania czułam), ci ludzie nie mają czasu na moje studiowanie… Wiedziałam, że jeśli będę traciła cenny czas na uniwersytecie, wszyscy ci, których poznałam podczas mojej wyprawy umrą… Wiedziałam, że trędowaci potrzebują leków, głodni chleba, dzieci opieki. Miałam kilka wstrząsających zdjęć zrobionych w trakcie naszej wyprawy, wzięłam je, zaczęłam pokazywać ludziom i prosić ich o pieniądze… Nie wzbudzałam zbyt wielkiego zaufania, zewsząd słyszałam pytania: dlaczego, po co, co cię to obchodzi, dlaczego nas ma to obchodzić…. Przecież ci ludzie są daleko, a u nas w Szwajcarii też jest bieda…. Nie przestawałam jednak prosić. W ten sposób straciłam prawie wszystkich przyjaciół. Wielu z nich nabrało przekonania, że ich koleżanka Lea zwariowała… straciła zainteresowanie aktorstwem, opowiada jakieś bzdury o biedakach w Tybecie, zbiera pieniądze zupełnie jak żebrak… zostałam sama. Pojechałam więc do swojego mistrza i powiedziałam: musisz mi pomóc, nikt nie chce mnie słuchać, jeśli ty mi pomożesz i powiesz o biedzie, to cię posłuchają… On popatrzył mi w oczy i powiedział: daj mi spokój, odejdź… W ciągu roku byłam u niego kilka razy. Zawsze mówił to samo: odejdź w pokoju, nie zawracaj głowy… a ja zawsze wracałam. Minęło półtora roku, pojechałam po raz kolejny i powiedziałam: zaraz sobie pójdę, nie będę zawracała ci głowy ale proszę, pomóż mi… Ku mojemu zaskoczeniu dr Riponche powiedział: dobrze, siadaj. Od tego czasu pracujemy razem. Razem tworzymy Rokpę, razem pomagamy. Wraz z moim ojcem, Veitem Wylerem, stworzyliśmy legalnie działającą fundację, najpierw w Szwajcarii, potem w Wielkiej Brytanii i wielu innych miejscach na świecie. Początki nie były jednak takie łatwe, mój mistrz dziwnie zgodził się z moim ojcem i stwierdził, że powinnam się czegoś nauczyć, na przykład księgowości, i to koniecznie w szkole… Jak ja tego nienawidziłam, to były najgorsze lata w moim życiu (nie obrażając wszystkich okolicznych księgowych). Wyobrażasz sobie aktorkę siedzącą przed kolumnami cyfr – Boże, jakie to nudne… Kiedy w końcu skończyłam edukację (muszę przyznać, że wiedza zdobyta w tej szkole bardzo mi się przydała), postanowiłam nie rezygnować całkowicie z zawodu aktorskiego, tylko wykorzystać swoje umiejętności dla zdobywania pieniędzy na naszą działalność. Grałam więc w różnych miejscach, czytając i rozdając ulotki, pracowałam bardzo ciężko, na pełnych obrotach. Bardzo szybko okazało się, że nie daję rady. Zarówno aktorstwo, jak i działalność charytatywna wymagały ode mnie pełnego poświęcenia, po kilku miesiącach takiej intensywnej pracy ciężko się rozchorowałam. Wtedy Akong Riponche po raz kolejny odmienił moje życie. Zaproponował, żebym porzuciła dotychczasowe zajęcia, wróciła do domu i zaczęła pracować w kancelarii ojca. Zrobiłam tak. W ciągu pierwszych miesięcy myślałam, że to całkowita strata czasu, bez przerwy słyszałam od ojca: to jest nie tak, to robisz źle, tego zrobić nie potrafisz, tu się nie starasz i tak dalej… miałam poczucie, że wstąpiłam do piekieł. Z czasem nasze relacje zaczęły się zmieniać. Przekonałam się, ze mój ojciec pod maską surowości skrywa twarz człowieka o wielkim sercu, on uwierzył, że aktorka potrafi być solidna. Praktykując u ojca, nauczyłam się też podstaw prawa, co było bardzo przydatne w mojej działalności w Rokpie. Tato pozwalał mi również na wykorzystywanie jego biurowej infrastruktury do mojej działalności charytatywnej, budowy i umacniania naszej fundacji. Czasami dochodziło do komicznych sytuacji, tato pukał nieśmiało do swojej kancelarii i grzecznie pytał, czy choć przez chwilę mogłabym popracować dla niego… Po siedmiu latach współpracy zatrudnił sekretarkę, tym samym zdjął z mojej głowy większość obowiązków, dalej jednak wypłacał mi niemałą pensję, pozwalając zajmować się tylko Rokpą. Jestem mu bardzo wdzięczna, bo do dziś nie muszę martwić się o byt. Jego pieniądze pozwalają mi na komfort pracowania dla Rokpy całkowicie charytatywnie. Nigdy, przez trzydzieści lat, nie wzięłam z fundacji ani grosza, co z kolei pozwala mi na niepłacenie działającym w niej wolontariuszom (śmiech). Co robi Twoja siostra? Hm, to bardzo interesujące pytanie. Nigdy wcześniej nikt nie pytał mnie o moją siostrę… Jako dziewiętnastoletnia dziewczyna wyszła za mąż, zaadoptowała dwójkę dzieci, skończyła studia i zdobywała kolejne stopnie naukowe. Wyemigrowała do Izraela i zajmuje się arteterapią. Jest w tej chwili bardzo znanym i cenionym psychologiem. Mimo że fizycznie jesteśmy do siebie bardzo podobne, diametralnie różnimy się charakterami. Zdarza się Wam pracować razem? Nie. Choć bardzo bym chciała. Niestety, ona nie chce. Może kiedyś… Jak myślisz, dlaczego w końcu Akong Tulku Riponche powiedział Ci TAK? Nie wiem, mogę jednak przypuszczać, że chciał się przekonać, jak wielka jest moja determinacja. Z doświadczenia wiedział, że mnóstwo ludzi wracających z Nepalu i Tybetu w pierwszym odruchu deklarowało zaangażowanie w pomoc dla mieszkających tam ludzi, a potem nic z tego nie wychodziło. Dlaczego postanowiłaś zająć się dziećmi? To raczej dzieci postanowiły, że się nimi zajmę… Głębokie przemyślenia i planowanie tego, co w danej chwili mam robić nie leżą w mojej naturze. Tak się jednak złożyło, że wszystko co dobre w moim życiu zaczynało się od jakiegoś tragicznego wydarzenia. Najpierw śmierć matki i moja działalność w Rokpie, potem tragiczna i nigdy do końca niewyjaśniona śmierć mojego życiowego partnera i moja praca na rzecz dzieci. Zupełnie nie mogłam poradzić sobie po jego śmierci i kiedy było mi tak strasznie źle, to pomyślałam sobie: masz dwa wyjścia, albo umrzesz sama albo zaczniesz ciężko pracować dla tych, którzy twojej pracy potrzebują… wybrałam to drugie. Akong Riponche zasugerował, że dobrze byłoby zająć się tworzeniem jadłodajni dla ubogich. Kiedy otworzyłam pierwszą jadłodajnię, przyszedł do niej mały chłopczyk, zjadł, pokręcił się, złapał mnie za rękę i powiedział do mnie mamo. Bardzo mnie to wzburzyło. Nie jestem twoją mamą, nazywam się Lea, a on nie potrafił wypowiedzieć mojego imienia, powtórzył: mama i się rozpłakał. Wtedy pomyślałam, że może tego właśnie mu potrzeba, że bardziej niż jedzenia potrzebuje mówić do kogoś mama. Przestałam protestować i tak to się zaczęło. Przychodziło coraz więcej i więcej dzieci. Większość z nich po strasznie traumatycznych przeżyciach: bitych, wykorzystywanych seksualnie, po doświadczeniach z narkotykami i alkoholem. Na początku mieszkały ze mną w namiocie przy kuchni, potem musiałam poszukać dla nich jakiegoś innego lokum… Przyjechał Akong Riponche i powiedział: pamiętaj, nie zaczynaj robić niczego, czego nie będziesz mogła skończyć, co się stanie z tymi dzieciakami, kiedy wyjedziesz? To było dobre pytanie. Musiałam znaleźć dla nich jakieś miejsce, wynajęłam lokal, zatrudniłam opiekuna. Nie miałam zbyt dużo pieniędzy, więc zapłaciłam tylko za miesiąc. Wróciłam do Szwajcarii, zwracałam się do możnych tego świata, prosząc: pomóżcie, otworzyłam w Nepalu szkołę dla dzieci, błagam, one nie mogą zostać bez pomocy, tak zdobyłam środki na kolejny miesiąc, potem błagałam o następne, i tak powoli znalazłam sponsorów, mogłam otwierać kolejne szkoły, pomagać coraz większej ilości dzieci… Oczywiście bywa różnie, nie wszystkich udaje się uratować. Niektórzy po latach pobytu w naszych ośrodkach wracają na ulicę i nic nie możemy na to poradzić. Jestem jednak głęboko przekonana, że trzeba próbować. Bo o ile dorosłemu człowiekowi można powiedzieć radź sobie, to dzieciom z definicji należy się miłość, poczucie bezpieczeństwa, opieka i nauka. To ich niezbywalne prawa i zawsze będę o nie walczyć. A moim największym marzeniem jest, by zaopiekować się wszystkimi potrzebującymi dziećmi na świecie… Masz poczucie, że zabrałaś się za rzecz, którą jesteś w stanie skończyć?
Tak, oczywiście (śmiech). Nie, tego się nie da skończyć, ale jestem buddystką, wierzę w reinkarnację i mam nadzieję, modlę się o to, by co nieskończone móc kończyć w następnym wcieleniu i następnym, i następnym… Zawsze pracować dla nieskończoności.
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|