|
Z Ryszardem Filipowiczem rozmawia Andrzej Manasterski
A. Manasterski: Jakie są Pana najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa? Ryszard Filipowicz: Miałem trzy lata, pamiętam pojedyncze kadry, okienka z obrazkami. Otoczenie, mieszkanie, widoki za oknem. Trochę później wyprawa do żeńskiej łaźni, na targ, do kościoła, do rodziny, a także kontakt z przyrodą, zapachy kwiatów. Potem, jeszcze przed rozpoczęciem nauki w szkole, razem z rodzicami, podróże po kraju. Ze szkoły niewiele pamiętam: wiosenne wagary, lekcje rysunków które bardzo lubiłem, obóz harcerski na Litwie, ale to już był 1940 rok. Kiedy i w jakich okolicznościach zetknął się Pan z podziemiem niepodległościowym?  Ryszard Filipowicz Był rok 1943, niemiecka okupacja, uczyliśmy się na tajnych kompletach. Było nas trzech przyjaciół (Jurek, Staszek i Rysiek – przyp. red.). Jeden z nich, syn oficera, który zginął w 1939 roku, powiedział, że interesuje się nami łączniczka AK, ps. Staw (nauczycielka Hanna Stawryłówna – przyp. red.). Byłem najmłodszy z tej trójki, dlatego koledzy musieli zagwarantować, że potrafię dochować tajemnicy. Spotkaliśmy się z dowódcą, por. Świerkiem (Włodzimierz Kochanowski – przyp. red.), który po rozmowie odebrał od nas przysięgę AK. Od tej chwili moi koledzy posługiwali się pseudonimami: Żbik i Orzeł, ja przyjąłem pseudonim Gryf (związany z moimi inicjałami i lataniem, do którego zawsze mnie ciągnęło). Stanowiliśmy młodociany patrol dywersyjny przeznaczony do małego sabotażu na kolei. Dopiero w 1945 roku dowiedzieliśmy się, że należeliśmy do Bazy Miód, działającej w strukturach Kedywu. Podczas niezbyt częstych spotkań z dowódcą uczyliśmy się zasad konspiracji, sposobów na sabotaż kolejowy, topografii, wojskowych regulaminów, strzelania. Dorastaliśmy. Nadal chodziliśmy na komplety i mieszkaliśmy z rodzicami. Nikt z rodziny, nawet mama i ojciec, nie wiedział co robimy. Wiosną 1944 roku otrzymaliśmy rozkaz dostarczenia nocą ładunków wybuchowych w wyznaczone miejsce przed stacją Kienia. Inna, nieznana nam grupa kolegów z AK miała wysadzić tam pociąg. W oddaleniu czekaliśmy z przejęciem. Przejechał pociąg, nic się nie stało. Nie pytaliśmy – dlaczego. W konspiracji panowała nadrzędna zasada: im mniej wiesz, tym lepiej dla wszystkich. Może dlatego w Kolonii prawie nie było wpadek. Potem jeszcze raz dostarczyliśmy ładunki w ustalone miejsce na linii Dyneburskiej. Rozkazano nam wracać, kiedy byliśmy już dość daleko zobaczyliśmy wielki wybuch, grzmot i odgłosy niesione przez rozlegle pola. Żałowaliśmy, że nie byliśmy bliżej. Brał Pan udział w operacji Ostra Brama. Jakie są Pana wspomnienia z tym związane? O tym, że wojska Armii Krajowej atakują Wilno dowiedzieliśmy się o świcie, gdy zbudziły nas strzały. Kiedy zobaczyłem, że przynoszą rannych pod kościół, zgłosiłem się z kolegami do prezesa osiedla, pana Szczepańskiego, który we własnym domu organizował szpital. W mieście nie było wody, a trzeba jej było coraz więcej, razem z kolegami woziliśmy ją z odległej leśnej krynicy. Mimo, że wciąż dołączali do nas nowi ochotnicy, praca stawała się ponad nasze siły. Doszło grzebanie zabitych w walce i zmarłych rannych. Trzeba było kopać groby, potem zwozić z okolic ciała poległych. Lipiec był upalny i zwłoki w łanach zbóż szybko się rozkładały. Jeszcze dziś wzdragam się na myśl o tym. Byliśmy też gońcami i przewodnikami, organizowaliśmy wyprawy do wciąż walczącego miasta w poszukiwaniu opatrunków. W lazarecie było ponad dwustu rannych i chorych. Po aresztowaniu sztabu Okręgu AK, trzeba było ich poprzenosić do innych szpitali w mieście i okolicznych domów. Dwa tygodnie później nasz dowódca nakazał ponowne wejście w konspirację. Otrzymaliśmy broń osobistą. Ja – karabin kawaleryjski Mosina, pistolet Walter P-38, dwie sidolki (granaty własnej produkcji – przyp. red.), zapas amunicji. Rozpoczęliśmy intensywne ćwiczenia, poznawaliśmy różnego rodzaju materiały wybuchowe, spłonki, lonty, sposoby łączenia i obliczania siły wybuchu. Na strzelania chodziliśmy do lasu, wkładając karabin do worka razem z grabiami. Nie wpadliśmy nigdy, bo NKWD wypatrywało starszych. Co Pan robił po zakończeniu wojny? Dla nas wojnanie skończyła się w maju 1945 roku . Ojciec po wyjściu z więzienia dał się przekonać do wyjazdu. Wybraliśmy Wrocław, bo mieszkała tam moja ciotka ze Stanisławowa. Jechaliśmy trzy tygodnie w wagonie dla bydła. Pobyt na ziemiach odzyskanych mój ojciec traktował jak krótki odpoczynek przed kolejnym konfliktem zbrojnym z komunistami, co miało również wpływ na to, co robiłem. Żyłem z dnia na dzień – tak było łatwiej. Nie przykładałem się do nauki, buszowałem po Wrocławiu… Niemniej jednak już wtedy był Pan człowiekiem bardzo aktywnym. Nie odpoczywa też Pan na emeryturze. Napisał Pan książkę–wspomnienia, działa w Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej, w PTTK, zajmuje się Pan fotografią, podróżuje i publikuje… No tak, najpierw we Wrocławiu wstąpiłem do harcerstwa, potem zacząłem latać na szybowcach, zainteresowałem się fotografią, niestety, nie stać mnie było finansowo na tak drogie hobby. Zacząłem studiować fizykę, uniknąłem przez to wojska, ale studiów tych nie skończyłem. Poszedłem więc do pracy i wziąłem się za film amatorski. Moją pasją stało się filmowanie zabytków i ciekawych architektonicznie obiektów, w ich poszukiwaniu zacząłem podróżować. Potem były studia na Akademii Ekonomicznej, systemy informatyczne, podjęty doktorat, którego zaniechałem, wracając do mojej wielkiej życiowej pasji turystyki. Byłem w ponad czterdziestu krajach – od Chabarowska i Phenianu do Vancouver i od Oslo po Marrakesz i Casablankę, mam ponad piętnaście tysięcy zdjęć i przeźroczy… Na emeryturze pełnię funkcję ławnika Sądu Karnego z poręczenia Światowego Związku Żołnierzy AK, działam w tym Związku. Ponadto jestem prezesem Towarzystwa Przyjaciół Grodna i Wilna, członkiem kilku organizacji kresowych, społecznie opiekuję się zabytkami, piszę wiersze, teksty do „Wileńskich Rozmaitości”, maluję, rzeźbię i tkam wełniane gobeliny… Ten pokazany na okładce książki Klisze pamięci. Z wileńskiej ojczyzny ma ponad dwa metry długości. Zawsze byłem ciekawy świata, jeszcze teraz mnie ciągnie, choć ciało nie pozwala. Pyta pan, skąd te zainteresowania? Licho wie. Może z tego „obwarzanka Piłsudskiego”, z tej Ojczyzny kresowej, do której zawsze mnie ciągnie i za którą tęsknię, bo to piękna kraina. Andrzej Manasterski
Ryszard Filipowicz – notka
Ryszard Filipowicz – urodzony w 1929 roku, rodowity wilnianin, mieszkaniec Wileńskiej Kolonii Kolejowej i młodociany żołnierz AK. Autor m.in. Kolonii Wileńskiej. Czasu wojny, wyd. RYTM 2009, Klisze pamięci. Z wileńskiej ojczyzny, Oficyny Wydawniczej ATUT, Wrocław 2008, Rodziny Baranowskich (w przygotowaniu redakcyjnym), Klisze pamięci z wrocławskiej ojczyzny(w przygotowaniu autorskim). Działacz Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej we Wrocławiu.
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|