|
Zbliża się sezon wakacyjny. Wraz z nim nad wodą pojawia się coraz więcej ludzi. I coraz więcej ludzi – poprzez nieprzestrzeganie zasad bezpieczeństwa – ulega nad wodą wypadkom. Nierzadko śmiertelnym. Z Pawłem Firutą, szefem grupy operacyjnej WOPR we Wrocławiu rozmawia Magda Wieteska. Kto najbardziej szarżuje na wodzie? Osoby na skuterach motorowodnych, na szczęście we Wrocławiu jest ich niewiele. Pojawiają się za to często na zalewie Prężyce w okolicy Wałów Śląskich. We Wrocławiu możemy mówić natomiast o kilku bardzo niebezpiecznych miejscach. Na rzece Ślęza na Oporowie, gdzie łączy się ul. Solskiego z Grabiszyńską jest mały jaz. W zeszłym roku w ciągu miesiąca utopiło się tam trzech mężczyzn. Byli zdrowi, ale pijani. Drugim niebezpiecznym miejscem są okolice Opatowic: niepilnowana śluza wraz z jazem. Z pobliskiej śluzy Bartoszowice przychodzi tam co prawda obsługa z Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej, ale zawsze w tych samych dwóch godzinach i dodatkowo w razie wezwania. Nie ma żadnych płotów odgradzających i opatowicki zbiornik wykorzystywany jest przez młodzież jako basen, do pływalni upodobniają go umieszczone na pionowych ścianach drabinki. Ponadto, z jednej strony jest wyższy murek, z którego młodzież często skacze na główkę, co jest bardzo niebezpieczne. Woda w śluzie jest ciemna i trudno określić jej głębokość, łatwo więc zahaczyć głową o dno. Warto pamiętać również, że śluza jest budową hydrotechniczną z kanałami podwodnymi i jeśli obsługa nie zauważy, że ktoś pływa, to otwarcie przegród może spowodować wciągnięcie człowieka. Drugim niebezpiecznym miejscem na Opatowicach jest spora łacha piachu poniżej jazu. Jest to bardzo przyjemny teren do plażowania, na dodatek wydaje się być bezpieczny ponieważ znajduje się sto pięćdziesiąt metrów poniżej od samego jazu. W związku z tym ludzie wychodzą z założenia, że nie ma możliwości wpłynięcia pod jaz. Tymczasem występuje tam zjawisko tak zwanej cofki. Prąd rzeki wraca w górę i może wciągnąć człowieka do jazu. Nie mamy statystyk dotyczących utonięć w tym miejscu, ponieważ topielec często wypływa dopiero na Ostrowie Tumskim. Trzecim niebezpiecznym miejscem, szczególnie dla dzieci, jest Wyspa Bielarska. Rodzicom teren ten, ze względu na ogrodzenie, wydaje się bezpieczny. Tymczasem w ogrodzeniu jest mała przerwa. Wystarczy chwila nieuwagi i dziecko wchodzi do wody, która ma głębokość czterech metrów. Przy budowach hydrotechnicznych obowiązuje zakaz kąpieli. Ale niewielu ludzi o tym wie… Rzeczywiście, bo mało kto zna w Polsce prawo. Nie ma znaków informujących o zakazie kąpieli w takich miejscach. Gdyby je postawić, może dochodziłoby do mniejszej liczby wypadków. Na pewno. WOPR ma w swoim statucie możliwość wystawiania znaków, ale taka inwestycja kosztuje. A pieniędzy w budżecie brakuje. Gdyby jednak znalazł się jakiś sponsor, chętnie byśmy takie znaki postawili. Tym bardziej, że widzimy taką potrzebę, bo ludzie coraz więcej czasu spędzają nad wodą. Powiedzieliśmy o niebezpiecznych miejscach. A jakie zachowania ludzi zwiększają ryzyko tragicznego wypadku? Wielkim problemem jest młodzież pijąca alkohol nad wodą. Pamiętajmy, że alkohol potęguje uczucia. A najczęstszą przyczyną utonięć jest panika. Szczególnie obserwujemy to na wybrzeżach Odry na odcinku Ostrów Tumski – Opatowice, naprzeciwko miasteczka studenckiego przy ul. Wittiga. Jest to bardzo duży teren, gdzie studenci wychodzą nad wodę z grillami, jedzą kiełbaski, piją piwo, a potem schodzą do wody. Brzegi są tu bardzo strome i kamieniste, dlatego takie zejścia najczęściej kończą się kąpielą w ubraniu, co znacznie zmniejsza szanse utrzymania się na powierzchni wody. Dużym problemem jest agresja skierowana w stronę kajakarzy i wioślarzy. Mieliśmy przypadek rzucenia kamieniem przez wędkarza w kajak. Kajakarz nie przeżył. Kolejny problem ma wiele wspólnego z moralnością. Nad wodę przychodzą rodziny z dziećmi. Milusińscy uczą się, obserwując zachowania dorosłych. Ci piją alkohol, a potem dla zabawy wrzucają do wody koleżankę czy kolegę. Naturalnym jest, że dzieci podchwytują i naśladują takie zachowania. Do ratowania ludzi wykorzystujecie psy. Jak to wygląda? Często przychodzą do nas ludzie i pytają, gdzie mamy psy, czy chowamy je w jakichś klatkach? A psy nie są WOPR-u, tylko prywatnych właścicieli. Ludzie często widzą jakąś migawkę w telewizji i pojawiają się u nas z prośbą, byśmy wyszkolili ich psy. Podobnie jak ratownicy, przewodnicy psów przychodzą do nas na patrole. Wsiadają na łódkę i pływają po Wrocławskim Węźle Wodnym wraz z psem na pokładzie. Pies w ratownictwie wodnym nigdy nie zastąpi człowieka. Jego rolą jest wspomaganie działań ludzi. Główną siłą napędową człowieka podczas pływania są ręce. Kiedy ratujemy tonącego, jedną ręką płyniemy, drugą holujemy osobę poszkodowaną, czyli o połowę zmniejsza się skuteczność pomocy. Motorem napędowym u psa są natomiast cztery łapy, więc kiedy pies holuje człowieka, łapie zębami za jego dłoń, podczas gdy cztery łapy mogą płynąć. W momencie, kiedy pies płynie z ratownikiem, ratownik jedną ręką chwyta poszkodowanego, drugą ręką łapie psa i pies holuje go czterema łapami. Jednak nigdy do akcji ratowniczej nie wysyłamy samego psa. Po pierwsze jest to niebezpieczne dla psa, bo może zostać podtopiony przez tonącego, co w konsekwencji może być niebezpieczne dla samego poszkodowanego: pies podtopiony bowiem to pies spanikowany, a spanikowany znaczy niebezpieczny. Ważne jest to, że pies nie popełnia błędów. Kiedy jest już wyszkolony, zawsze wykonuje to, czego się nauczył. Nasze psy uratowały już ludzi. Pierwsza taka akcja miała miejsce przy wywrotce kajaka, z którego wypadły dwie osoby. Ratownik holował jednego poszkodowanego, a pies drugiego. Jakiej rasy psy są najczęściej szkolone? Są to psy różnych ras, chociaż najwięcej jest nowofundlandów i labradorów. Nowofundlandy to rasa, która od dawna zajmuje się ratownictwem wodnym, a labradory to psy, które przynoszą, czyli aportują, bardzo łatwo więc jest je nauczyć, aby aportowały człowieka. Poza tym są bardzo silne i chętnie się uczą, chętnie pływają. W ostatnim czasie dodatkowo przybył do nas berneński pies pasterski, predysponowany do tej pracy ze względu na wagę. Teraz ma siedem miesięcy i waży 50 kg, a docelowo jego waga może wzrosnąć do 80 kg. Mamy również mieszańca nowofundlanda z owczarkiem – dużego psa, chętnie pływającego. Szkolenie psa trwa około trzech lat. Dopiero po takim czasie można uznać, że jest on niezawodny. Zbliża się sezon letni. Jakie ma pan ostrzeżenia dla zażywających kąpieli? Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę rodziców. To oni mają prawny i moralny obowiązek opieki nad swoimi dziećmi. A często bywa tak, że widząc nad wodą ratownika, odstępują od obserwacji swoich pociech, wychodząc z założenia, że nad wszystkimi czuwa ratownik. Tymczasem on nie jest w stanie zapanować nad wszystkimi kąpiącymi się. U dzieci jest tak, że jak jedno zaczyna tonąć, dołączają do niego kolejne. To wynik kontaktu emocjonalnego, który bardzo silnie występuje u najmłodszych. Apeluję więc do rodziców, aby nie spuszczali z oczu swoich pociech. Przestrzegam też wszystkich przed skokami do wody oraz na główkę. Skakać do wody można tylko z trampoliny na basenie. Podczas korzystania z łodzi i kajaków warto mieć na sobie kamizelkę ratunkową, niezależnie od tego, jakimi dobrymi pływakami jesteśmy. Przy nagłym wpadnięciu do wody najważniejszych jest kilka pierwszych sekund, kiedy następuje zalanie ucha środkowego. Wpada się wtedy w dziwny stan – euforii, podobny do upojenia alkoholowego, a nasze odruchy przestają być racjonalne. Bardzo często płynie się wtedy do dna, a nie na powierzchnię. Kapok nas uratuje, bo zawsze wyciąga na powierzchnię. Przeciwnicy kamizelek twierdzą, że nie da się w nich zanurkować. To prawda. Ale kapoki są tak skonstruowane, że w razie potrzeby jednym ruchem można się z nich uwolnić.
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|