|
Początkowo myślał, że praca ratownika wodnego to darmowe wakacje nad morzem z tłumem opalonych dziewczyn i stanowisko najważniejszej osoby na plaży. Po pierwszym uratowaniu człowieka szybko zweryfikował swoje poglądy. Dziś Paweł Firuta jest szefem Grupy Operacyjnej Dolnośląskiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego we Wrocławiu. Grupa powstała po powodzi w 1997 roku. Z biegiem lat zmieniała swój profil. – Zaczęliśmy specjalizować się w innych dziedzinach ratownictwa wodnego, w ratownictwie medycznym, wysokościowym i nurkowym oraz z wykorzystaniem psów – mówi szef grupy.
Na co dzień pracownicy tej specjalistycznej jednostki zajmują się patrolowaniem Odry wraz z jej dopływami na terenie Wrocławskiego Węzła Wodnego. W przypadku wezwań wyjeżdżają także poza teren województwa oraz za granicę. Najwięcej pracy ma sekcja wodna, spinająca całość grupy. Drugą po niej jest sekcja medyczna. – Jak się jest ratownikiem, trzeba także umieć udzielać pomocy przedmedycznej – tłumaczy Paweł Firuta i dodaje, że ciężko mówić o pracy, bo tu wszystko opiera się o wolontariat. W Grupie Operacyjnej czynnie pracuje około stu osób, są to uczniowie, studenci, instruktorzy. Przychodzą dobrowolnie, wyjątkiem jest okres od czerwca do października, kiedy obowiązuje grafik i zgodnie z nim ustalane są dyżury. Na takiej służbie musi być co najmniej dwóch ratowników. Satysfakcja po udanej akcji Paweł Firuta nie przypuszczał, że jego życie tak mocno zwiąże się z ratownictwem wodnym. – W 1998 roku trenowałem pływanie. Kolega trenera zaproponował całej naszej klasie zrobienie kursu młodszego ratownika. Zapytaliśmy, co taki kurs może nam dać. Usłyszeliśmy, że będąc ratownikiem, możemy bezpłatnie wchodzić na baseny, jeździć na kolonie i za darmo spędzać wakacje, a nad morzem poznawać fajne dziewczyny. To był czas „Słonecznego patrolu”, który był bardzo popularny w Polsce i wielu chłopaków chciało robić to, co bohaterowie serialu. Ja też bardzo chciałem pojechać nad morze. I pojechałem. Ale moje myślenie o pracy ratownika zmieniło się diametralnie, i to w kilka dni, kiedy uratowałem pierwszą osobę. Po tym zdarzeniu trochę mi się poprzestawiało w głowie. Dostrzegłem, że nie o cały ten splendor w istocie chodzi, że się jest najważniejszą osobą na plaży, że wzbudza się zainteresowanie dziewczyn, ale że na pierwszym miejscu są uczucia, których doświadcza się podczas ratowania tonącego. Szczególnie ważne było uczucie tuż po, taka wielka satysfakcja, będąca impulsem do tego, żeby wszystkie działania koncentrować na poprawie jakości ratowania ludziom życia. Od ratownika po szefa grupy Przez kilka lat Paweł Firuta jeździł jako ratownik do Łeby. W międzyczasie poznał osoby związane z Grupą Operacyjną WOPR. – Powiedzieli mi: Pracujesz trzy miesiące nad morzem, a co z pozostałym czasem? Jeżeli nie masz co robić, przystąp do nas. I tak się stało. Zacząłem przychodzić na spotkania grupy, uczestniczyć w akcjach, potem zostałem kierownikiem jednej z sekcji, a teraz jestem szefem całej grupy. Muszę jednak powiedzieć, że moje wcześniejsze plany życiowe były całkiem inne. Jako dziecko chciałem być kierowcą ciężarówki, a potem poszedłem na studia niezwiązane w żaden sposób z ratownictwem wodnym. Ale ratowanie ludzi daje tak wielką satysfakcję, że nie żałuję swojego wyboru. Szef Dolnośląskiej Grupy Operacyjnej WOPR zachęca wszystkich młodych ludzi do nauki pływania. Kursy organizowane przez WOPR nadają różne uprawnienia i odznaczenia dla dzieci i młodzieży, począwszy od karty „Już pływam”, przez odznakę pomocnika ratownika, po uprawnienia, które ma ratownik śródlądowy.
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|